photoblog.pl
Załóż konto
Ważne!

Zdjęcie widoczne dla użytkowników posiadających konto PRO

Kup konto PRO
Triathlon!
Dodane 10 LIPCA 2012 , exif
190
Dodano: 10 LIPCA 2012

Triathlon!

Jeden z najbardziej męczących weekendów ostatnimi czasy i ... to nie ze względu na zawody, a na pewno nie przede wszystkim. Ale zacznę od początku. 

Rozpoczęło się już w pociągu, a właściwie to w kasie w Gliwicach, gdzie jakiś łysy facet / chłopak pytał czy kupi tutaj bilet na InterRegio do Krakowa. Oczywiście zamiast powiedzieć "tak", to rozwinąłem swoją wypowiedź do "tak, też go tutaj kupiłem" i dodatkowo wypowiedziałem kilka słów narzekań na ruchy pani z okienka... i usłyszałem propozycję:

- To zaczekaj na mnie, pojedziemy razem.

Oczywiście był to ten łysy koleś, z wytatuowaną czaszką na szyi i smyczką jakiegoś klubu. Jak się później okazało był to Kamil*, który jest wielkim fanatykiem jednej z krakowskich drużyn. Pracuje w Gliwicach, a normalnie mieszka, a raczej ukrywa się (6 lat w zawiasach) w Krakowie. Już na dworcu zapytał czy piję. Chciałem odpowiedzieć, że ogólnie tak, ale nie teraz... ale nie dał mi skończyć i usłyszałem:

- To napijesz się ze mną.

I poczęstował mnie żołądkową gorzką. Podróż minęła szybko. Usłyszałem wiele i ... poznałem "wariatkę" - 30cm nóż myśliwski, którego Kamil używa czasem przeciwko innym kibicom. Przy okazji pokazał mi rany na ręcę po maczecie, którą potraktowali go kibice innej drużyny. Dołączył do nas jakiś dziadek i zaczęła się rozmowa o Hitlerze i II Wojnie Światowej... po czym zaczęło nas suszyć i Kamil wyruszył przez przedziały w poszukiwaniu kogoś kto ma do sprzedania piwo. O dziwo udało mu się zdobyć jednego i... musiał nam wystarczyć aż do Krakowa. Tam na chwilę skoczyliśmy jeszcze do Galerii Krakowskiej gdzie kupiłem po rewanżowym Lech, a przy okazji poznałem drugą wariatkę Kamila - Kasię. 

Następnym punktem, już planowanym, było spotkanie z Natalką, z którą tradycyjnie spotkaliśmy się na Małym Rynku, obeszliśmy, także tradycyjnie, rynek, zanim w końcu zdecydowaliśmy się gdzieś usiąść. Szybko minęły 3 godziny i... zbieraliśmy się na przystanek. Muszę wspomnieć, że Natalka wyglądała świetnie (jest na trzeźwo!).

Kiedy zostałem sam z godziną czasu w oczekiwaniu na pociąg, wybrałem się na finały mistrzstw Polski (?) w Squash'a w szkle. Fajna gra muszę przyznać, chętnie bym pograł.

Pociąg przyjechał o godzinie 23:55, problem jednak był taki, że... nie miał on przedziału dla rowerów, a co za tym idzie... nie mogłem nim jechać. Udało mi się jednak przekonać pana kondyktora i wcisnąłem rower w przejście między wagonami. Miejscówka rewelacyjna nie była, bo... ludzie chodzili do ubikacji albo zapalić, na peronach też w nocy się musiałem zrywać, bo ludzie wsiadali - ogólnie masakra, ale... jechałem. Ludzie jednak zamiast narzekać, że zawadzam rowerem, wręcz przeciwnie, wyrażali oznaki współczucia i "szacunku", że sobie tak leżę całą noc i ani wyspać się porządnie nie mogę. Fakt, faktem... spałem bardzo mało, a sen definitywnie się skończył około 4:30... kiedy słońce zaczęło wschodzić. 

Około godziny 6 pojawił się Adam i... towarzyszył mi (niestety) do końca podróży, czyli do 8:50, kiedy to znalazłem się w Malborku. Umilił mi czas rozmową o obozach zagłady, pytaniami z geografii oraz ... napojem alkoholowym o smaku mandarynek produkcji jego dziadka. Generalnie dziwny człowiek, ale nie ma co narzekać. 

Do Susza dotarłem w końcu przed 10. Od razu rowerkiem udałem się na salę gimnastyczną, gdzie poznałem panie woźne i współlokatorów. Całkiem w porządku ekipa - większość po raz pierwszy. Następnie odebrałem pakiet startowy, ostemplowałem się i zakupiłem pasek oraz koszulkę na jutrzejsze zawody (nie było to planowane, ale już dałem się ponieść atmosferze). Po szybkim zwiedzaniu okolicy i pizzy (bardzo dobrej) w restauracji Warmianka przyszła pora na... koncert Sidneya Polaka. 

Koncert zszedł na drugi plan, bo dosiedli się do mojego stolika jacyś 3 faceci, którzy okazali się tubylcami. Zaczęli mi opwiadać o wszystkim i o niczym i obiecywać, że jutro będą mi kibicować. Po jakichś 2 godzinach pogoda zaczęła się psuć, więc udałem się na zasłużony spoczynek. 

Następnego dnia śniadanie, odstawienie roweru do boksu i ... stres, stres, stres. Pierwszy raz w czymś takim biorę udział, w ogóle nie wiem czego się spodziewać, ale... do rzeczy!

 

W strefie zmian byłem już na godzinę przed startem. Uważnie obserwowałem innych zawodników i podpatrywałem co robią. Sam ułożyłem w odpowiedniej kolejności rzeczy, które na pierwszej zmianie będę zakładał, przygotowałem przerzutki roweru oraz kask. Powoli zacząłem się rozgrzewać, ale było to bardziej zajęcie, żeby nie myśleć o starcie.

O 10:45 przeszedłem oficjalnie przez bramkę i znalazłem się na plaży skąd miał się odbyć start. Woda była ciepła (ok. 24 stopnie), więc nie obawiałem się tego, że wystartuję bez pianki. Zmoczyłem włosy, ubrałem czepek, okulary i wszedłem do wody. Przepłynąłem kilkanaście metrów i stwierdziłem, że pływanie nie będzie ciężkie. Wyszedłem z wody i zacząłem się rozgrzewać na plaży. O 10:55 wszyscy zawodnicy opuścili wodę i usawili się w liniach na plaży. Ja znajdowałem się w 2 albo 3ciej, wiec całkiem niezłe miejsce startowe. 

Równo o 11 wszyscy ruszyli i zaczął się mój horror. Taka wielka ilość osób na takiej małej przestrzeni w wodzie nie wróżyła niczego dobrego. Jedni na drugich wpadali. Albo dostawałem ręką w głowę albo jakaś ręka ciągnęła mnie za nogę i za dno. Czasem jakaś noga mnie kopnęła, a czasem nie wiedzieć czemu byłem pod wodą. Walczyłem ile miałem sił, żeby uciec grupie pościgowej, a równocześnie starałem się nie wpadać na ludzi przede mną. Walka okazała się na tyle nieskuteczna, że po pierwszych 100 metrach myślałem o rezygnacji. Kilka razy podtopiony nie umiałem złapać oddechu. Płynąłem już żabką z głową cały czas nad wodą... dotarłem do pierwszej bojki i zrobiło się trochę luźniej. Uspokoiłem oddech i zacząłem płynąć kraulem. Teraz już miało być tylko lepiej. Poza drobnymi problemami nawigacyjnymi, czasem mój kurs oddalał się od optymalnej trasy, bez problemu dotarłem do plaży. Niestety z powodu początkowych problemów czas był fatalny - 21:03 (zakładałem 15min). 

Przyszła pora na pierwszą "strefę zmian", w moim odczuciu poszła mi dość sprawnie, ale... zdecydowanie dałoby się ją poprawić - 2:02. I ruszyłem z rowerem. Początek niezwykle mocno, a to ze względu na świetny doping przy wyjeździe z "centrum", później motywacją byli zawodnicy przede mną i tak... wyprzedziłem kilka osób. Z czasem około 20 minut zakończyłem pierwsze okrążenie. Drugie szło lepiej ze względu na znajomość trasy, przy okazji miałem szansę docenić drafting, który pomaga odpocząć. Rower kończę z czasem 40:36 - trochę więcej niż zakładałem, ale nie jest źle.

Druga wizyta w strefie zmian zajmuje mi 1:26 - byłoby krócej gdyby nie fakt, że się pogubiłem trochę. Ruszam na trasę biegową! Słyszę doping oraz opinie, że dobrze biegnę. Wydawało mi się, że biegnę normalnie... chodziło o to jednak, że większość osób przebierała z nogi na nogę, ja natomiast trzymam całekim dobre tempo, które pozwala mi minąć kolejnych biegaczy. Nawrót i powrót w kierunku mety. Ostatnie 500 merów - czuję się jak gwiazda, świetny doping, zabawa publiczności i czerwony dywan na metę. Wbiegam z czasem 1:25:50. Koniec mojego pierwszego triathlonu!

Podsumowanie. Z jednej strony wielka radość, z drugiej jednak duże rozczarowanie jeśli chodzi o wynik. Zdobyte jednak doświadczenie pozwoli poprawić wyniki w przyszłości, bo kolejne starty są niemal pewne (może jeszcze jeden sprint, olimpijski, half IM, IM... marzę). Organizacja bardzo dobra, atmosfera rewelacyjna i ... tylko te problemy z pociągami, które także przytrafiły mi się w drodze powrotnej.

Powrót rozpocząłem od przejechania rowerem na trasie Susz - Iława, gdzie spotkałem się korzystając z okazji z Krzyśkiem. Następnie pociągiem do Poznania i ... tam zaczęły się problemy. Okazało się, że pociąg którym miałem jechać także nie przewozi rowerów. Zrezygnowany (północ, Poznań) siedziałem i czekałem na pociąg, może akurat uda mi się wepchnąć gdzieś rower. Ku mojemu zdziwieniu po 30 minutowym opóźnieniu pojawił się pociąg TLK z przedziałem dla rowerów. Byłem uratowany, szczęśliwy wsiadłem do pociągu zajmując jako jedyny przedział rowerowy, jednak za moment dołączył do mnie Cyprian, który wracał z Open'era (którego polecał). Zaczęliśmy rozmawiać, po chwili nasz spokój zakłócił pan konduktor, który prosił o pokazanie biletów. Oczywiście nie miałe

Komentarze

Photoblog.PRO explsp fajna historia
03/11/2012 0:29:12
Junior fanta1800 hej mam do Ciebie ogromną prośbę, biore udział w konkursie i bardzo cie prosze czy moglabys na mnie zaglosowac? to tylko jeden klik , trzeba wejsc tutaj
http://ogrodlokalny.pl/konkursy/konkurs/15/77.html
i kliknąć "głosuj" przy zdj ok. piątym od dołu, dziewczyna leżąca z psem na kocu z okularach.
będę niesamowicie wdzięczna;) to zajmuje tylko 2 sekundki
10/07/2012 16:22:47

Informacje o ayos


Inni zdjęcia: 1412 akcentovaWIOSENNIE I RÓŻOWO xavekittyxLune chasienkaZnaki judgafZachód nad Okęciem bluebird11... maxima24... maxima24Pośmigane. jabolowekrwi;) virgo123;) virgo123